100: Zakłócony cykl egzystencji

Czasami pojawiają mi się w głowie pytania, których bez odpalenia prywatnego okna z obsługą sieci Tor, nie idzie zadać wyszukiwarce. Czasami wstyd jest tak ogromny, że pomimo VPN’a, ukrytego IP, potrójnego szyfrowania cebulowego i gwarancji niezapisywania ciasteczek, rezygnuję i pozostawiam ciekawość niezaspokojoną. Czasami jednak ciekawość zwycięża i wbrew rozsądkowi ulegam niezdrowej pokusie.

Tak jak dzisiaj. Czytaj dalej 100: Zakłócony cykl egzystencji

Bagno

Procedury obliczeniowe egzystencji wypluwają każdego ranka sfałszowane dane. Precyzja zachowana w każdej linijce dialogu, niezachwiana opinia i perfekcyjnie marmurowy uśmiech to ściema. Papka gorsza niż to, co wrzuca się do kociej karmy. A jednak ta liniowość wyników budzi równocześnie zazdrość i niechęć do naśladowania. Odpycha i przyciąga jak fascynacja złymi bohaterami.

Bagno wciąga. Lepka breja odcina światło dnia już po pierwszych milimetrach zanurzenia. Wolno opadam na dno. Oddalam się od powierzchni trywialnego świata w procesie załamania norm i odcięcia od rzeczywistości. Grzęznę. W bezruchu oczekuję wolności, namiastki szczęścia i stabilności.

Jest cicho, boleśnie cicho.

Konkatenacja zdarzeń, barwiona szarością lat odciska swoje piętno. Czaszka pęka w szwach, gdy nocą budzą się wspomnienia. Tu mam całkowitą kontrolę, poczucie bezpieczeństwa, a tam czerń i biel utknęły pod warstwą kurzu, stając się niemożliwymi do odróżnienia.

Bagno trawi. Wyżera swoim toksycznym kwasem wpojone zasady stada. Odcięty od tlenu organizm wciąż opada, wciąż funkcjonuje na zasadzie własnych zasad, ale wolno odzyskuję świadomość swojej sytuacji.

Bagno to pułapka.

Czytaj dalej Bagno

11: Tańcząca z kotami

— Owoc głodu, liść melisy, kłącze kozika i… gdzie jest ziele serdecznika?

Szukam po szufladach brakującego składnika do eliksiru na nieocipienie. W pośpiechu wyjmuję różnorakie słoiczki po majonezach, ogórkach i koncentratach pomidorowych. W słoikach herbaty, fasolki, przyprawy… Jednym słowem, wszystko, co suche. Moje autystyczne natręctwo dopełnia dodatkowo fakt, że wszystkie mają kolorowe etykiety na wieczkach. Każdy kolor oczywiście coś znaczy, a słoiki posegregowane są alfabetycznie i tematycznie.

— Jest! — wiwatuję i od razu zabieram się do ważenia eliksiru.

Z gotowym uspokajaczem ruszam do pokoju-kaźni.

— Odynie daj ukojenie dla mych zszarganych nerwów — szepczę magiczne zaklęcie trzymając półlitrowy kubek w koty i gapiąc się na szafę. Szafa front ma z tafli lustra. W odbiciu ja: w piżamie w chomiki, z rozczochranym koczkiem-ślimaczkiem i cieniami pod oczami. Wyglądam jak zombie, ale jedno mnie cieszy — chyba znów schudłam. Czytaj dalej 11: Tańcząca z kotami

10: Chomik w kołowrotku

Scrolluję Internet pod hasłem „makijaż wieczorowy”, a w poszukiwaniu natchnienia kieruję się tylko jedną, prostą zasadą: pani na miniaturce musi wyglądać jak stereotypowa kurwa.

Zatrzymuję wzrok na całkiem-całkiem oczach i niczym typowy facet, klikam w linka — bo bluzka z dekoltem. Obok mnie leżą już narzędzia tortur: pudry, szminki, palety cieni i wszelakiej maści pędzle. Szmelc z czasów, kiedy jeszcze chodziłam do „korpola”. Obecnie czerpię garściami z pracy zdalnej i rzadko kiedy pojawiam się w biurze. Bo i po co? W domu nikt mi nie przeszkadza, a i można wstać w piżamie, kodować w piżamie, a potem pójść spać w tej samej piżamie. Albo bez piżamy. Tak też można. Czytaj dalej 10: Chomik w kołowrotku

1: Wyłącz-włącz mózg

Kod rozmywa mi się przed oczami i pomimo mrugania, nie wyostrza się. Jest źle, myślę i dopijam do dna wystygłą kawę, nim zapali się czerwona lampka, aby tym razem odpuścić i pójść spać. Ale spanie jest dla leszczy.

Piję z termosu, bo tak bezpieczniej. Kubki zawsze lądują na podłodze, ewentualnie ich zawartość na klawiaturze — moje łokcie mają już taką magnetyczną przypadłość.

Przypomina mi się nagle, jak rozmawiałam kiedyś o tym z mamą. Mówiłam jej wtedy: „leci mi wszystko z rąk”, a ona mi na to: „co ty gadasz, dobrą pracę masz, ładna dziewczyna jesteś, jeszcze znajdziesz jakiegoś kawalera”.

Długo mi schodzi, nim skompiluję, o chuj jej z tym chodziło. Cisza w słuchawce wydłuża się. Ona myśli, że się fochnęłam jak stara panna, a ja analizuję, linia za linią, funkcja za funkcją, co ma piernik do wiatraka. Output wypluwa się po 7s. Autyzm niby nie jest dziedziczny, ale ja go mam zdecydowanie po niej. Czytaj dalej 1: Wyłącz-włącz mózg